Tag Archives: Ania T.

Lazurowy domek

Lazurowy domek był przepiękny. Wykonany w całości z drewna, wyglądał jak góralska chata. Był piętrowy i miał duże okiennice. Na parapetach stały kwiatki. Miał zadaszony ganek bez ścian.  Po bokach stały dwa krzesła idealnie wtapiające się w odcień drewna z którego dom był zbudowany. Zbudowany został na środku lasu, który wycięto i pozostawiono tylko dwa cienkie półkola drzew, przez których pnie widać było pola. Półkola się nie łączyły, bo z dwóch stron z przodu i z tyłu widoczna była piaszczysta droga. Prowadziła dookoła stawu przed dom, ale także na jego tyły idąc prostą linią w stronę wsi Malinówka. Staw przed domem był stosunkowo płytki, więc dało się  w nim kąpać. Woda tu była wyjątkowo czysta, co mnie zdziwiło. Z transu wyrwał mnie głos Alice:
– Wejdźmy do środka.
-Ok. odrzekłem za odchodzącą już Al.
Gdy otworzyłem, drzwi moim oczom ukazał się ganek pokryty pomarańczowo- łososiową farbą. Po lewej stronie stał stolik z wazonem zasuszonych kwiatów i traw oraz wejście (bez drzwi) do salonu. Natomiast po prawej stronie były wieszaki na kurtki i szafka na buty, które tam zostawiłem. Wszedłem do salonu. Pokój był w tonacji błękitno seledynowej. Między dwoma oknami stała fioletowa kanapa imitująca skórzaną. Przed nią wisiał idealnie płaski telewizor, a po jej prawej stronie szerokie przejście do jadalni. Dywan stojący przed sofą Alice odsunęła bez słowa, a moim oczom ukazała się plama w lazurowym kolorze.
-To dlatego nazywa się „Lazurowym domkiem” –  szepnąłem sam do siebie.
Chwilę parzyłem na blat oddzielający salon od kuchni, a potem odwróciłem się i zobaczyłem, że przy ścianie z przejściem na korytarzyk, stoją dwa wąskie regały z książkami. Jeden z polskimi, a drugi
z angielskimi tytułami.

***

Mrok mnie przytłacza,
To dziwne uczucie.
On otula mnie opiekuńczo i czule,
Ale jednak próbuje mnie zmiażdżyć,
Zgnieść od środka.
A ja tego nie czuję.
I nie wiem jaki ma zamiar.
Nie wiem czy chce mnie zniszczyć,
Czy też pomóc.
On mnie ogranicza tuląc do siebie stalowymi ramionami.
I wtedy wszystko znika, choć i tak nic nie widać.

non-sen-s

 Stałam przy pawilonie w Proboszczowie. Był słoneczny, upalny dzień, a obok mnie przejechał właśnie niebiesko- biały traktor z napisem „policja”. Chwilę potem zwróciłam uwagę na świnię, chodzącą na dwóch tylnych kopytach, w dresach i obwieszoną łańcuchami. Usłyszałam, że powiedziała do telefonu: „stary, najlepszy towar we wsi”,  po czym się oddaliłam. Podejrzanie szybko dotarłam do szkoły. Przy bramce minął mnie czarny traktor, karawan z napisem „Zakład pogrzebowy „Radość”, zniżka 20% na teściową”. Na przyczepie miał dwie trumny, jedną małą, a drugą dużą. Na większej był wieniec „kochanej mamusi”, a na mniejszej wyrysowany był kot. Stałam patrząc za nim  i dopiero gdy zniknął z pola widzenia, weszłam na teren szkoły. Na boisku stał latający talerz, a jego właściciele- zielone ludziki właśnie się pakowały. Pomagały im w tym dwie świnie w czerwonych koszulkach z napisem „Mielony” i „Schabowy”. Nauczyciele i uczniowie machali im z głupimi minami. Mniej więcej wtedy się obudziłam. Sen, choć może z dużą dawką czarnego humoru, jest jednak jedynym wesołym snem, który pamiętam.

Pocztówka

Piasek toczy się po ziemi
Przed wiatrem nie chce się zmienić,
choć nie jest zielony jak trawa,
To i tak gwarantowana z nim niezła zabawa.

Morze tu działa kojąco
Oglądam ten widok na stojąco,
Za rogiem gdzieś słońce wschodzi
– To właśnie nowy dzień się rodzi.

W oddali widać dwa domy-
A każdy ma dach czerwony,
Wiadomość co chwilę przeze mnie powtarzana:
„Ta scena jest przecież niezapomniana”

Odkładam pocztówkę na miejsce
W kąt gdzieś ciskam sukienkę,
Na palcach do okna podchodzę,
I znów się boleśnie zawodzę

Burza pod Ostrzycą (I nagroda w konkursie na legendę)

Zbliżał się zmierzch. Helena i Dobrowit po długiej wędrówce dotarli na polanę, która znajdowała się u stóp wielkiego  wygasłego wulkanu.  Pogoda była wspaniała. Intensywnie pomarańczowe słońce okalało szczyt góry, jak korona ze szczerego złota. Rosnące tu i ówdzie drzewa tworzyły iście królewską pelerynę. Trawa była soczyście zielona, a żółte i białe kwiaty stanowiły dla niej wspaniały kontrast. Niestety popołudnie było parne, a ciemne chmury widoczne w oddali mogły zapowiadać tylko burzę. Dobrowit zauważył to pierwszy.

– Heleno, lepiej poszukajmy schronienia. Zaraz zacznie padać!- rzekł i pomógł brzemiennej żonie wstać.

– Oczywiście, ale co z koniem i naszymi rzeczami? –spytała Helena

– Spokojnie, tam jest skalny uskok wstawimy tam skrzynię i konia.

– Jeśli tak zrobimy to dla nas zabraknie miejsca- odparła Helena.

– Coś wymyślimy, proszę, nie myśl teraz o tym – odpowiedział zatroskany mąż.

Gdy doszli do skały chmura była już znacznie bliżej. Deszcz był kwestią chwili. Dobrowit przywiązał konia do wystającego konara i rzekł:

– Teraz musimy iść poszukać schronienia dla nas – wstał i podał rękę żonie.

Nie musieli długo szukać. Obok wielkiego dębu widniało wejście do jaskini. Szybko tam poszli. Gdy tylko Dobrowit usadowił swoją żonę na omszałym kamieniu, poczuł na nogach pierwsze krople deszczu, więc czym prędzej schował się do jaskini. Zaczęło rzęsiście padać. Wielkie krople uderzały o suchą ziemię zmieniając całkowicie jej barwę. Nagle małżeństwo usłyszało za plecami groźny pomruk. Dobrowit odwrócił się i zobaczył wlepione w siebie oczy wielkiego niedźwiedzia.

– Heleno!- krzyknął Dobrowit i złapał żonę za rękę.

Pobiegli na polanę. Byleby dalej od rozłożystego dębu, pod który przybiegło rozwścieczone zwierzę. Byli już pewni co się za chwilę stanie. Gdy nagle zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Piorun uderzył w drzewo, pod którym stał niedźwiedź. Porażone cielsko z hukiem upadło
na  ziemię.

-Heleno jesteśmy uratowani.- powiedział mężczyzna i wziął swoją żonę na ręce.
W międzyczasie ulewa zmieniła się w leciutki deszczyk. Dobrowit posadził swoją żonę na koniu. Zabrał swój dobytek i oboje ruszyli w dalszą drogę. Zobaczyli drugi piorun, który uderzył w ziemię. Burza natychmiast ustała.

– Dobrowicie, jedźmy tam gdzie uderzył piorun – rzekła Helena.

– Dobrze, niech tak będzie – odpowiedział Dobrowit.

Ruszyli. Po krótkiej chwili zobaczyli drewniany szałas nad rzeką.

– Przyszedł już mój czas – powiedziała kobieta.

Zaniepokojony mąż zaniósł żonę do szałasu. Tam narodził się pierworodny syn Heleny
i Dobrowita, Proben. Małżeństwo bardzo pokochało piękne okolice wulkanicznej góry. Tutaj założyli osadę w dolinie malowniczej rzeki Skory, którą później nazwano Proboszczów.